Zakończenie kariery sportowej

Dwie trzecie mojego życia spędziłem w sporcie. Resztę zmarnowałem na głupoty. Nadszedł czas zakończyć ten wyczynowy etap mojej sportowej kariery i skoncentrować się na kolejnych wyzwaniach. Wreszcie mogę skupić się na innych rzeczach i zawiesić buty na kołek (choć nie wykluczam jeszcze pożegnalnego startu w Gdańsku na Pucharze Poczty, ale już bez specjalnych aspiracji wynikowych).

Podczas 100. Mistrzostw Polski w Bydgoszczy zająłem piąte miejsce w chodzie na 10000 m i nie uzyskałem kwalifikacji na igrzyska olimpijskie w Paryżu. Ten sezon nie układał się po mojej myśli, ale nie żałuję, że podjąłem próbę walki o moje trzecie igrzyska olimpijskie, bo później miałbym do siebie pretensje, że nie spróbowałem. Przed Tokio najpierw wybuchła pandemia, a rok później też miałem pecha przed kwalifikacjami, więc postanowiłem spróbować powalczyć o kolejne igrzyska. Poprzedni sezon miałem bardzo udany, więc były przesłanki do walki, ale w tym roku, pomimo dobrych treningów, forma na zawodach była słabsza od oczekiwanej i moje wyniki były przeciętne. Przepracowałem solidnie obozy w Spale, Portugalii, Włoszech i RPA, robiąc życiowe treningi, ale nie obyło się bez problemów. Podczas zgrupowania w Potchefstroom w RPA podczas powrotu do miejsca zamieszkania zostałem pobity, okradziony i raniony nożem, co na pewno wpłynęło na moje późniejsze przygotowania. Później pojawiły się różne inne problemy, przez co nie mogłem w pełni skupić się na sporcie, bo nie on jest zawsze najważniejszy w życiu. Nie mógłbym już zrezygnować z innych rzeczy na rzecz sportu, bo mam różne inne zobowiązania i priorytety.

Nie da się ukryć, że sport zawsze kręcił mnie jak mikrofalówka talerz. Wiele dzięki niemu zyskałem: poznałem wspaniałych ludzi, zwiedziłem przepiękne miejsca, poznałem smak rywalizacji, zwycięstw, ale i porażek, takich jak dyskwalifikacje za złą technikę czy kontuzje, które są wpisane w sport. Były więc piękne, ale i trudne chwile.

W swojej karierze sportowej dwukrotnie startowałem na igrzyskach olimpijskich (w Pekinie i w Rio). Byłem siódmy na mistrzostwach Europy w Barcelonie, stawałem na podium Pucharu Europy (w Olhao i Dudincach) indywidualnie i drużynowo. Dwukrotnie startowałem w Uniwersjadzie (w Belgradzie i Shenzhen), rywalizowałem też na mistrzostwach świata i Europy w lekkiej atletyce. Stawałem na podium Race Walking Challengu w Sesto San Giovanni (obecnie World Athletics Tour Gold) czy zawodach European Athletics Permit Meetings. Przeszło 20 razy startowałem z orzełkiem na piersi w Reprezentacji Polski. Zdobyłem kilkanaście medali mistrzostw Polski. Kilka razy w życiu miałem swój „dzień konia” i rywale wiedzieli, że jak staję na starcie, to zawsze jestem groźny i mogę zaskoczyć.

Dziękuję wszystkim, którzy pomagali mi przez te wszystkie lata. Trenerom: Czesławowi Lamchowi, który mnie wychował, Wacławowi Mirkowi, Ilyi Markowowi, Grzegorzowi Sudołowi, Kamilowi Kalce i trenerom kadrowym, którzy mi pomagali: Grzegorzowi Tomali, Lesławowi Lassocie, Krzysztofowi Kisielowi, Pawłowi Wiśniewskiemu, Stanisławowi Marmurowi, Robertowi Korzeniowskiemu, Szymonowi Wdowiakowi, Pawłowi Grzonce, Agnieszce Woźniak i innym (i sobie też, bo sam siebie w pewnym momencie też trenowałem). Dziękuję też zawodnikom, z którymi mogłem razem trenować i rywalizować. Nie dam rady wszystkich wymienić, ale miło było Was spotkać i dzielić trudy i radości sportu. Dziękuję też oczywiście rodzinie i znajomym, którzy zawsze mnie wspierali i motywowali!

Skoro były podziękowania i pochwały, to warto też skrytykować tych, którzy rzucali mi kłody pod nogi. Niestety w Polskim Związku Lekkiej Atletyki przez lata panowały i panują różnego rodzaju patologie. Powołania do kadry i na różne imprezy są uznaniowe, pełno jest przekrętów, pisania zasad pod swoich pupilków, a potem łamania zasad. Ludzie tacy jak Zbig Rolbiecki czy Krzysio Augustyn to doskonały przykład, że „leśne dziadki” i „beton” mają się dobrze (mimo, że nie są tak starzy, to przesiąknęli oni najgorszymi cechami „typowego polskiego działacza”). Te dwa dzbany nie potrafią nawet odpisać na maila, nie mówiąc już o zarządzaniu czymkolwiek. Będę jeszcze do tego wracał, ale nie zamierzam pominąć chamstwa, niesprawiedliwości i złośliwości, z którymi się spotkałem. Będziemy powoli kruszyć ten beton, ale póki co trzeba punktować wszelkie głupkowate decyzje takich działaczy.

Dla mnie przeciwności zawsze były motywacją do działania. Jestem urodzonym optymistą, zawsze pogodnym, uśmiechniętym, nie poddającym się i walczącym o swoje. Staram się być duszą towarzystwa i cieszyć każdym dniem, choć jak każdy mam też gorsze chwile. Mam teraz ambitne plany: ukończenie kolejnej książki, rozwój dziennikarski, habilitacja czy profesura na uczelni. Od sportu muszę na trochę odpocząć, ale pewnie w jakimś stopniu wrócę, bo jak ktoś tyle lat trenował, to po prostu lubi się solidnie zmęczyć i interesuje się tym już zawsze. Tymczasem życzę Wam miłych wakacji!

Dodaj komentarz

search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close