Teoria wszystkiego

Czwartym, i zarazem ostatnim filmem jaki obejrzałem w styczniu była „Teoria wszystkiego”. Film w reżyserii Jamesa Marsha opowiada historię genialnego matematyka i fizyka Stephena Hawkinga (w tej roli świetny Eddie Redmayne). Jego doskonale zapowiadającą się karierę naukową przerywa (choć można odnieść wrażenie, że przyspiesza) bardzo ciężka choroba – stwardnienie zanikowe boczne, o którym głośno było w mediach społecznościowych dzięki „Ice bucket challenge”, przez który zbierano pieniądze na leczenie tej przypadłości.

Bardzo ważną rolę w filmie odgrywa Jane, żona głównego bohatera, z którą relacja staje się jednym z najważniejszych wątków w filmie. Hawking, mimo że staje się kaleką może długo liczyć na jej wsparcie. A geniusz jak to geniusz – ma swoje dziwactwa, chociaż patrząc na dzisiejszy świat można by stwierdzić, że każdy ma jakieś swoje marzenia i „joby”, które jeśli nie są jakieś bardzo kłopotliwe wydają się zupełnie niegroźne.

Film jednak jak na biografię jest dość nietypowy, reżyser skupia się bowiem przede wszystkim na życiu codziennym bohatera. Fani nauki nie znajdą tu zbyt wielu szczegółów na temat fizyki kwantowej czy powstania kosmosu. Z drugiej strony podejście to wydaje się nawet ciekawsze, bo relacje sparaliżowanego fizyka z innymi dają wiele sygnałów o postrzeganiu niepełnosprawności i innych kwestiach. Film ten przypomniał mi w pewnym stopniu polski obraz „Chce się żyć” w reżyserii Macieja Pieprzycy (ze świetną rolą Dawida Ogrodnika), który zrobił na mnie w kinie ogromne wrażenie. Czego w „Teorii wszystkiego” zabrakło? Rozmów głównego bohatera z żoną, chociaż trochę wyjaśniających ich przyczyny konfliktu i czegoś więcej o tej relacji. Film momentami był też dla mnie zbyt melancholijny, dlatego trudno mi się o nim lepiej odnaleźć. Tym samym daję temu filmowi 7 gwiazdek w mojej dziesięciogwiazdkowej skali.

Zwiastun filmu:



Zwiastun nr 2:



<span>%d</span> blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close