Podróż powrotna

Wiele się działo w czasie podróży z Pekinu do naszej Polski przytulnej.
Dlatego, że wyjazd bardzo wcześnie, więc na pekińskim lotnisku już prawie zasypiałem. W samolocie to drzemnąłem grubo, bo chyba ze 3 godziny. A teraz już oczy same chcą się zamknąć, bo dla mnie 3.30, a na zegarku 21.30. Pierwsze dni trzeba przeboleć, nie podsypiać, aby się przystosować. A na wschód zawsze ciężej.
W samolocie ucieszyła nas informacja od Kapitana, który przez głośniki oznajmił o Złotym medalu Leszka Blanika. Bardzo w niego wierzyłem, w rozmowach z nim czuło się tą moc i entuzjazm. A jeszcze po przylocie się dowiedzieliśmy, że siatkarze wygrali. Przykro jedynie, że ani Marek Plawgo, ani nasze tyczkarki nie zdobyły kolejnego krążka. W nich także wierzyłem, i lekkoatletyczne sukcesy cieszą bardziej, a porażki bolą dotkliwiej. I za bardzo się uniosłem nie tak dawno, ale niektóre sytuacje potrafią wyprowadzić z równowagi. Żal trochę, że nie mogliśmy pokibicować na żywo naszym (na występ Leszka wybieraliśmy się wszyscy dzisiaj) i w dyskusjach tak gadaliśmy, że tych kilka dni by się TAM jeszcze przydało.  Zawsze jednak pozostaje w człowieku chęć, aby na sportowych zawodach nawet po starcie coś zobaczyć, czy poczuć jakiś luz. A i ujrzeć innych w akcji miło. Ale trzeba się pogodzić, że będąc sportowcem na pewnym poziomie czasu na przyjemności coraz mniej…
Cieszę się, że wreszcie spotkać się mogłem z rodziną. Tą bliższą i tą ciut dalszą (pozdrawiam wujostwo z Australii, którzy przywitali mnie z rodzicami na dworcu częstochowskim!).
Dziękuję serdecznie tym, którzy mi pomogli i wspierają dalej. Dziś  już mój umysł zmęczeniem przesiąknięty, więc nie silę się na więcej. Wrócę do tego jutro. Po 24 prawie godzinach w podróży marzę o łóżku i chwili spokoju…

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close