O tym, jak zostałem Dyrektorem 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego

To, że w moim życiu przytrafia się wiele ciekawych rzeczy wie każdy, kto choć raz mnie spotkał. Moim skromnym zdaniem, zdarza mi się tych przygód nawet więcej, niż sam mógłbym sobie to wymyślić. Na szczęście lubię, gdy coś się wokół mnie dzieje i jakoś daję sobie z tym radę :). Większość tych wydarzeń jest szczęśliwych, a nawet jeśli nie, to staram się do wszystkiego podchodzić na tyle pozytywnie, by się nimi cieszyć. Tak samo było z dyrektorowaniem półmaratonem. Ale po kolei.

[more]

 

O tym, że przeszedłem do kolejnej rundy losowania na Dyrektora Półmaratonu dowiedziałem się z Twarzaka Oskara Berezowskiego, który kazał swoim znajomym trzymać za niego kciuki podczas finału. Kiedy obejrzałem film (z tego pierwszego losowania) okazało się, że nie będę trzymał kciuków za Oskara, bo i ja biorę udział w finale (więc trzymam za siebie:). Sam też od razu poprosiłem moich znajomych, by te kciuki swoje trzymali za mnie. Okazuje się, że moi fejsbukowi znajomi trzymali je chyba trochę bardziej, bo ostatecznie to ja zostałem wylosowany. Miałem więc przez trzy dni pełnić funkcje (czyli obowiązki, ale i przywileje) dyrektora największego półmaratonu w Polsce. Hmm… Brzmiało mi to ciekawie.  

Jeśli nie widzieliście jeszcze losowania polecam filmik z tym wydarzeniem:

Pierwszą moją reakcją było to, by zrezygnować z tego, jakby nie było, honoru. Byłem w Hiszpanii, a dokładniej na największej wyspie archipelagu Balearów na Morzu Śródziemnym – Majorce, a bilet powrotny (do Krakowa) był kupiony na 3 kwietnia. Ale z drugiej strony stwierdziłem, że skoro z taką pompą zostałem wylosowany, to niegrzecznie było by zrezygnować. Poza tym – pomyślałem sobie – to przecież niesamowite wydarzenie, a przy okazji doskonała okoliczność, by zobaczyć jak to wygląda z „tej drugiej strony”. Nie wahałem się więc długo i napisałem, że przelecę i będę. Kupiłem nowe bilety, zmieniliśmy z trenerem plan treningowy i zdecydowałem się na maleńką zmianę planów. I oczywiście nie żałuję tego, bo były to niesamowite trzy dni, które długo będę jeszcze wspominał i do nich wracał.

Prezentacja elity półmaratonu podczas Expo 

Nie obyło się bez drobnych komplikacji. Pierwsze przygody zaczęły się już w drodze powrotnej z Majorki. Na lotnisku oddawałem auto, które wypożyczałem na obóz (na dojazdy na trening itd.). Oddanie trzy dni wcześniej stanowiło niemały problem i zajęło jakoś więcej czasu, niż początkowo planowałem (myślałem, że można podjechać i oddać, ale pani powiedziała, że powinienem to zgłosić i coś tam). Pobiegłem do „check-in”-u (tam, gdzie odbiera się karty pokładowe i nadaje bagaż rejestrowany), a tam kolejka większa niż na Expo po numery startowe. Poleciałem więc do pani przy okienku i mówię, że mam samolot już za niedługo, a pani z uśmiechem mi powiedziała, że to już i tak za późno i że na pewno nie polecę. Tzn. polecieć może polecę, ale nie nadam bagażu, bo zostało tam 40 minut do startu i coś tam zamknięte. Więc nie da się już dostarczyć i w ogóle to wszystko niemożliwe.

„Nie da się” – oto zdanie, które w moim osobistym słowniku nie występuje. Delikatnie zdenerwowałem się, powiedziałem pani  (po angielsku), że jestem dyrektorem największego półmaratonu w Polsce i MUSZĘ się dostać na ten lot, bo to dla mnie niezwykle ważne („very, very important!”). Podniosłem nieco głos, zacząłem gestykulować i po swojemu przekonywać, chociaż nie liczyłem na wiele. Ale o dziwo – zadziałało. Pani powiedziała, żebym poszedł (a raczej pobiegł) prosto do samolotu z całym głównym bagażem i nadał go tak, jak się nadaje np. wózki dziecięce. Bo sytuacja jest wyjątkowa. Tak też zrobiłem. Co prawda musiałem wyrzucić wszystkie większe kosmetyki, bo nie wolno przecież przewozić tak płynów, ale udało się. Miałem nawet zapłacić jakąś karę, ale ostatecznie zepsuł się terminal i byłem jakieś 50 Euro do przodu (chociaż byłbym do tyłu, więc teraz sam nie wiem, czy to zysk:). W każdym razie: jak się chce, to się da, nawet jak się początkowo nie da. No i wiem, już, że można polecieć samolotem nie nadając swojego bagażu w okienku. Trzeba tylko być dyrektorem półmaratonu. Wiedziałem już, że wreszcie ta funkcja na coś mi się przydała. Do samolotu pojechałem z budynku lotniska z panem pilotem, z którym chciałem jeszcze sobie nawet zrobić pamiątkowe selfie, ale niestety nie chciał. Jakiś taki poważny był. Dalej podróż odbyła się bez przeszkód. W Barcelonie zjadłem obiad, popisałem trochę na laptopie (lubię składać literki w takich okolicznościach), a z lotniska odebrał mnie sam Marek Tronina. W hotelu kolacja, krótkie spotkanie z Dominiką, by ustalić plan na kolejny dzień. A rzeczy w tym planie było całkiem dużo – od rana do wieczora same dyrektorskie obowiązki…

Przed samym startem biegu…

Każdy mój dzień w Warszawie zaczynałem od treningu. Mój plan dnia wyglądał mniej więcej tak: wstawałem koło 6-7 rano, szedłem na trening (w piątek 12km, w sobotę 4km i 10×200/200 i powrót, a w niedziele tylko lekki treing, bo to był Wielki Dzień Półmaratonu), a po treningu normalne, dyrektorskie zajęcia. Treningi robiłem na Polach Mokotowskich, koło stadionu Skry, czyli tam, gdzie kilka lat temu zdobyłem medal podczas Mistrzostw Polski rozgrywanych właśnie w tym miejscu w Warszawie. Startowałem też kiedyś na stadionie Skry na 10 000m, na tzw. Złotych Butach Kilińskiego, jeszcze na startym tartanie, ale to już dawne dzieje.

 Widok ze sceny komentatorów

Po treningu jadłem szybkie śniadanie w hotelu i wracałem do moich zajęć. W piętek odbierałem zawodników elity z lotniska (były ze 2 kursy hotel-lotnisko), pojechałem na Expo, gdzie przekazano mi oficjalnie funkcję dyrektora, a później otworzyłem oficjalnie biuro zawodów. Miałem okazję porozmawiać z wieloma znajomymi. Spotkałem Karolinę Pilarską, Sławka Majchrzyckiego, Łukasza Lipkę, Bartka Olszewskiego, Marcina Nagórka i wielu innych. Porozmawiałem też chwilę w hotelu z naszymi zawodnikami, Szymonem Kulką i Arturem Kozłowskim, a także z naszymi biegaczkami. Niestety czasu jak zwykle na wszystko było za mało. 

W dniu zawodów spotkałem jeszcze Roberta Korzeniowskiego, Adama Korola, Kamila Kalkę, widziałem Tomasza Lipca, Wojciecha Staszewskiego. W końcu było tam ponad 15 000 osób (zawodników, kibiców i przypadkowych osób), więc trochę ludzi przez plac Trzech Krzyży tego dnia się przewinęło. 

Moja perspektywa podczas 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego (na dachu miałem zegar)

W sobotę zrobiłem inspekcję miejsca startu i mety, zobaczyłem przygotowania depozytów, poznałem wszelkie nietypowe historie, które wydarzyły się w przeszłości. Widziałem, jak to wszystko się buduje, jak cały czas następuje przepływ informacji, szybkie decyzje, ostatnie zmiany. Cały czas coś się działo. Nie będę opisywał wszystkich szczegółów, bo i po co, ale byłem pod niemałym wrażeniem, jak wiele elementów musi się zgrać, by tak wielka impreza doszła do skutku. Część rzeczy wiązało się z jakimś ryzykiem, bo absolutnie wszystkiego nie da się przewidzieć, więc to tym większa rola kreatywności organizatorów i radzenia sobie błyskawicznie w danej chwili. Wiem, że ludzie po starcie narzekali na tłok za metą, więc w przyszłorocznych przygotowaniach trzeba będzie i to wziąć pod uwagę podczas planowania. 

Dyrektor (Fot. Sportografia.pl)

Organizacja takiego biegu to przede wszystkim wspaniali ludzie z Fundacji „Maraton Warszawski”. Przy biegu pracuje mnóstwo osób o różnych charakterach, stylach bycia, osobowościach czy nawet fryzurach. Żeby nie było zgrzytów, część osób musi szybko podejmować decyzje, a reszta musi się do tego dostosować. Na szczęście panuje rewelacyjna atmosfera i nie widziałem żadnych problemów w komunikacji, ani nadmiernego stresu. Ja wskoczyłem tam na głęboką wodę, praktycznie nikogo nie znając. Dlatego też nie wtrącałem się w to, co działo się wokół mnie, a jedynie obserwowałem i starałem się nie przeszkadzać.

Co ciekawe, zdarzyli się ludzie, którzy prosili mnie, jako dyrektora, żeby wprowadził takie i takie zmiany. Mówili mi, że skoro jestem dyrektorem, to powinienem poprawić pewne elementy, co oczywiście przekazywałem dalej. W każdym razie dostało mi się też za pewne niedociągnięcia. A co. 

Ostatni dzień, jak można się domyślać, był najbardziej zwariowany. Na początek udzielałem wywiadu do transmisji internetowej, gdzie Marcin Nagórek wypytywał mnie o wrażenia związane z byciem dyrektorem (wywiad możecie zobaczyć tutaj). Później wskoczyłem do auta, gdzie mogłem pokrzyczeć podczas biegu czołówki na biegaczy, podając też czasy kolejnych kilometrów do relacji. Przy okazji obserwowaliśmy, czy wszystko jest w porządku z trasą itd. Na koniec wysadzili mnie z auta na ok. 300m do mety i musiałem tam pobiec, żeby wręczyć medal pierwszemu biegaczowi. Ledwo zdążyłem! Kawałek tego mojego biegu widać na poniższym filmie:   

Później brałem jeszcze udział w dekoracjach poszczególnych grup wiekowych i kategorii, przez co nie mogłem przywitać wielu osób, w tym dyrektora. Dopiero na koniec przywitałem na mecie ostatniego zawodnika, którego wysiłek trzeba szczególnie docenić. Wtedy można było zamknąć trasę i zakończyć zawody.

Z własnej perspektywy mogę stwierdzić, że moja przygoda tej całej „zamiany ról” i zostanie na 3 dni Dyrektorem warszawskiego półmaratonu wypadła pomyślnie. Było trochę stresu (zwłaszcza, kiedy musiałem na starcie przemawiać do grupy prawie 15 tysięcy osób), ale było też dużo fajnej zabawy. Nasz dyrektor (na co dzień), Marek Tronina przebiegł dzięki mnie po raz pierwszy w imprezie organizowanej przez siebie. Wyglądał na zadowolonego, o czym mówią zdjęcia wykonane po drodze i na mecie.

Z tego całego zamieszania najbardziej cieszę się, że udało się zebrać dużo kasy w akcji „Biegam Dobrze” (w sumie ponad 300 000zł), bo to był generalnie główny cel tej całej akcji z przekazaniem funkcji dyrektora. Kiedy ogłoszono akcję, byłem jeszcze w Australii, ale nawet przez chwilę nie zastanawiałem się, czy warto pomóc. Jedna osoba nie może uczynić wszystkiego, ale jeśli zbierzemy tych osób odpowiednio dużo, wspólnymi siłami możemy zrobić naprawdę wiele. Jeden krok na raz pozwala w dalszej perspektywie pokonać cały dystans, jaki dzieli nas od celu. Nie można tylko za długo się zastanawiać, tylko wykonać ten pierwszy krok. U mnie było to wsparcie tej akcji. Zrobiłem pierwszy krok i dobro, którym się podzieliłem wróciło do mnie, bo zostałem wybrany podczas losowania. To wszystko dyskretnie mówi o tym, że warto pomagać, bo każde dobro wraca. Pamiętajcie o tym!

<span>%d</span> blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close