Ostatni start w sezonie

Niestety moim największym „przeciwnikiem” w uzyskaniu dobrego wyniku we Francji okazała się… Lufthansa. Kiedyś naiwnie myślałem, że tzw. drogie linie lotnicze, w odróżnieniu od popularnego Ryana, Wizza czy EasyJeta dają jakąś większą szansę na szczęśliwy lot. Nic z tych rzeczy. Popularna „Lufa” się tym razem nie spisała. Generalnie uważam, że nie ma znaczenia linia lotnicza, bo czy drogie, czy tanie linie, wszystkie czasem zawodzą: tak samo się spóźniają się albo nie lecą wcale.

Balmarche 2019 - 20km

Przyjechałem na lotnisko w Krakowie z lekkim opóźnieniem, bo nasze PKP Intercity jak zwykle te 20 minut musiało w gratisie dodać. Niepotrzebnie się jednak spieszyłem, bo mój lot miał najpierw 15, później 30 minut opóźnienia, a po jakiejś godzinie z hakiem lot całkiem odwołano, podając za przyczynę usterkę techniczną. Samoloty też się psują, pomyślałem i zacząłem działać. Jak podali info o anulowaniu lotu, wszyscy spod Bramki czy tam Gate’u rzucili się do stanowiska Lufy przebukowywać bilety. Ja sprytnie postanowiłem zmieniać rezerwację przez telefon. Przechytrzę was, pomyślałem. Po 10 minutach słuchania muzyki w słuchawce okazało się, że na kolejny lot do Frankfurtu też już nie zdążę, ale jest jeszcze późniejszy. Była szansa. Musiałem tylko odebrać bagaż, nadać go ponownie i poczekać ze 2 godzinki. Generalnie pod Check-inami Lufy zrobił się mega duży bałagan, ludzie zaczęli się oburzać, krzyczeć, przepychać. Przyszła ochrona, zrobiła porządek, ale niesmak pozostał. Wiadomo, część ludzi nie miała już tego dnia lotów i dostała hotel, inni znaleźli jakieś połączenia, ale atmosfera była napięta jak plandeka na Żuku. Ja ciągle wierzyłem, że jeszcze się uda.

Start zawodników na 50 km

W tym czasie dostałem jeszcze SMS, że mój kolejny lot (z Frankfurtu do Tuluzy) też ma opóźnienie. Nic nowego, pomyślałem. Na miejsce zawodów w końcu doleciałem z dużym poślizgiem, ale pocieszałem się, że jest przecież zmiana czasu, to i tak nie będzie tragedii. Jak już się uspokoiłem, pojawił się kolejny problem.

Mój bagaż nie zdążył na przesiadkę we Frankfurcie. A to już był dla mnie duży problem. Miałem tam wszystkie izotoniki na start, żele i moje 24 butelki z wodą, które wesoło sobie bulgotały w bagażu. Brakowało mi nawet mojego ulubionego rollera, mimo że kojarzy się z bólem i cierpieniem. 🙂 Przezornie wziąłem do bagażu podręcznego buty startowe i strój na start. Tylko że większość rzeczy miałem jednak w bagażu głównym. Powoli przeczuwałem, że ostatnich miesięcy żmudnych przygotowań nie uda się przełożyć na wynik, bo wszystko zaczynało się sypać jak domek z kart.

W informacji na lotnisku powiedzieli mi, że bagaż przyleci innym lotem, ale nie wiadomo kiedy. Mogą mi jedynie obiecać, że nadadzą sprawie pseudonim: „Rush”. Oczywiście nic to nie pomogło, a bagaż latał gdzieś po Europie, z moimi 24 butelkami w środku.

Rano udałem się do biura zawodów i zacząłem rozkminiać, co tu zrobić. Doszedłem w końcu do wniosku, że nie przejdę bez picia i żeli tych 50 km. Mógłbym coś pożyczać od innych zawodników, ale to zawsze strach próbować jakichś nowych napojów i żeli na tak długim dystansie. Zresztą była niedziela i szósta rano, więc ciężko w ogóle coś kupić. Zdecydowałem więc, że skoro już tam jestem, to mogę przejść bez picia chociaż 20 km, jako dobry trening. Pani w biurze zawodów mówiła mi nawet, że jest jeszcze dyszka, ale stwierdziłem, że nie będę się aż tak rozdrabniał. 🙂

W szatni dla zawodników zacząłem pożyczać, co się da – izotnik, wazelinę na otarcia – udało się coś tam pożyczyć i wystartować. Sportowcy to jednak życzliwi ludzie. Przed zawodami jeden z młodych Francuzów zapytał mnie, czy bym mu poprowadził, na co chętnie się zgodziłem. Byliśmy na prowadzeniu razem gdzieś do połowy, ale sędziowie zgarnęli go do pit-stopu na karne 2 minuty i dalej do mety zmierzałem już sam. Zwyciężyłem z przeciętnym czasem (w takim tempie będę chodził na 50 km już niedługo), ale po takich przygodach byłem wkurzony i bez motywacji. Nad drugim zawodnikiem wygrałem ponad 6 minut. W nagrodę za pierwsze miejsce Francuzi dali mi jakieś regionalne wino, karty do gry i książkę. Będzie na jesienne wieczory. 

Organizacja zawodów Balmarche była na naprawdę dobrym poziomie. Dziękuję organizatorom za rodzinną atmosferę, kawę i croissanty na mecie. Pogoda nie była zbyt sprzyjająca, bo było trochę za ciepło, ale każdy walczył i dawał z siebie wszystko. Zarówno organizatorzy, jak i zawodnicy. Na 50 km wygrał Niemiec Hagen Pohle z czasem 3:57:23 przed Davidem Kusterem (4:19). Wśród kobiet startowała Agnieszka Ellward, ale wycofała się przed 30 km.

Po zawodach zacząłem się zastanawiać, jak tam mój bagaż. Koło 13 dostałem telefon, że walizka już doleciała i kurier pytał, czy mają mi go przywieźć do hotelu, czy na zawody. Z hotelu musiałem się wymeldować, a na zawody nie było dojazdu, bo okolica była zamknięta dla ruchu, więc bagaż z moimi 24 butelkami miał czekać na mnie na lotnisku. Lepiej późno niż wcale, mogłem go od razu nadać w podróż powrotną…

Na koniec moja podróż znowu wydłużyła mi się z 1,5h, bo nasze PKP Intercity tradycyjnie miał ponad godzinę opóźnienia przy podstawianym pociągu z Krakowa.


W tym roku był to raczej już mój ostatni start, więc z dużym niedosytem kończę sezon, ale z kolejnymi doświadczeniami planuję kolejne cele. Miejmy nadzieję, że już bez takich przygód.
(Photo Credit: RaceWalk Pictures)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close